Wszystkie oczy skierowane były na najjaśniejsze światła w okolicy. Migające niewyraźne plamy zdawały się jaśnieć im bardziej statek zbliżał się do celu. Z barw ciemno-pomarańczowych zmieniały się na fioletowe, by w końcu przeistoczyć się w czysty obraz rozjaśnionego miasta, zwanego najgłębszą stolicą wszystkich światów, Nebula. To tutaj kierowani byli wszyscy. Marzeniami czy strachem przed sprawiedliwością, albowiem mgławica kierowała się zupełnie innymi zasadami niż wszystkie inne latające wyspy. Była największą utopią galaktycznych uchodźców. Wszystkie rasy i klasy łączyły się w jedność ażeby współpracować i zachować cały dobytek tworzony latami. Była nazywana różnie, od Zaludnionego Raju po Dziurę Beztlenowców. Jednak jedno było pewne - o Nebuli się mówiło i po jej upadku dalej mówić będzie.
Aż chciałoby się choć pomyśleć, że wyglądała normalnie, jak każde mieszane wyspy galaktyczne. Jednak nie. Nebula z oddali rysowała się bardzo wyraźnie wyznaczają pomarańczowo-fioletowe światła wokół. Grube kontury wysokich budynków dopóki oczy Cię poniosą . Te pierwsze kolory miały metalowe, z nieznacznymi zapalonymi światłami. Z samego środka unosił się gęstym dym tworząc znaki dla niejednego statku. Wysepka zawieszona była w samym środku galaktyki, więc całkiem naturalną rzeczą było to, ze otaczała ją ciemność wszechświata. Wydawałoby się, że nic prócz mgławicy w pobliżu nie ma. Ona po prostu zabierała cały blask innym gwiazdom czy planetom. Pod Nebulą znajdowało się siedlisko, które nie przyciągało wzroku. Planeta, z której wydobywał się jedynie mglisty obłok, zasłaniający pola uprawne czy tradycyjne domy pozostawione w ruinie. Z planety na mgławicę można było się dostać jedynie prywatnym statkiem, gdyż nic nigdy nie obierało kursu na pożywienio-dajną planetę. Przed samym miastem znajdowała się stacja, na której podróżni mieli przymus się zatrzymać ze względu na bardzo wysoki poziom zaludnienia, Nebula musiała egzekwować prawo jeszcze surowiej niż inne mgławice. Były one bardzo odmienne. Jednak nikt nigdy nie rozpamiętywał dziwaczności Dziury Beztlenowców. Mimo tak dużego blasku, wiele osób krytykowało postanowienia przywódcy kosmicznego, Verdul'a Pessoa'fraca. Zwany był ze swojej bujnej czupryny, którą okazyjnie związywał w długi warkocz. Trudno było pominąć, że wydawał się okropną łamagą i niezdarą w sprawach, w których nie towarzyszyli mu doradcy. Są też inne rzeczy, z których Verdul słynął. Jedni mówią, że jest wyjątkowo ohydny w swoich zbrodniach na niewiernych. Drudzy rozpowiadają, jaki nieuczciwy bywa w ściąganiu podatków. Jedno jest pewne - każdy uważa inaczej i jeśli ktoś choćby spróbował wszystkie te plotki połączyć, wyszedłby z niego największy wróg ludzkości. Pewnie dlatego zakaz negatywnych rozmów na temat Verdul'a to jedna z najważniejszych zasad na Nebuli.
Sanhya próbowała dostrzec cokolwiek prócz oślepiającej wspaniałości mgławicy, lecz było to wyjątkowo trudne. Cała pozytywna aura przeszywała każdego podróżnego na wylot. Nie mogło się też obyć bez wrażeń optycznych. Nebula była ogromna. Podobno całe zwiedzenie jej na statku kosmicznym zajmuje dłużej niż dwa dni, a nie zapominajmy o wielu piętrach wyspy. Mimo to mgławica wciąż pnie się w górę, a Sanhya przyjechała tutaj właśnie po to, aby sprawdzić, jakim sposobem tak się dzieje. Była to dziewczyna dość urodziwa jak na standardy tych czasów. Ciało miała zgrabne, choć nie odkrywała go jak większość kobiet. Włosy miała czarne, wyjątkowo zadbane. Oczy niczym dwa rozżarzone węgle o wciąż podejrzliwym spojrzeniu, często sennym i znużonym. Tak naprawdę nie wiadomo, czy zmęczył ją wielogodzinny wyjazd czy bywa taka dzień w dzień. Jedno było pewne - podróż dobiegła końca.
Wysiadła ze statku próbując odetchnąć. Powietrze jeszcze tutaj; na stacji podróżniczej, zwanej inaczej platformą międzyludzką; było całkiem czyste. Przyzwyczaiła się do ciepła gwiazd i jasnych kolorów natury. Tutaj nic nie przypominało jej domu. Nawet chodnik, po którym stąpała wydawał inny dźwięk, był bardziej echem stuku jej obcasów. Bardzo głośnym echem, wręcz nienaturalnym. Choć nie powinno jej to dziwić, dużo się nasłuchała o Nebuli. Nogi poniosły ją do budynku, gdzie kierowali się wszyscy inni. Dochodził stamtąd zapach jedzenia. Pachniało to wręcz przerażająco znajomo, jak u niej w domu.
Gdy tylko otworzyła wrota, ujrzała jasną platformę, która miała przenieść ją na dany obszar. Wystarczyło tylko przejść przez bramkę, która była jej całkowicie obca. Ta technologia odbiegała od jej rodzimej.
- Będzie mi potrzebny twój kod podróżny. Czy zabrałaś go ze statku? - Powiedziała kobieta stojąca przy wejściu. Ubrana była w jasno-różową garsonkę. Na pierwszy rzut oka wyglądała całkiem przyjaźnie, jednak jej mina nie zmieniała się od kilkunastu sekund.
- Będzie mi potrzebny twój kod podróżny. Czy zabrałaś go ze statku? - Powtórzyła nawet nie mrugając. Dalej chwaliła się swoim nienagannym uśmiechem. Spod przymkniętych powiek wpatrywała się w Sanhyę. Dziewczyna zrozumiała ją dopiero po kilku chwilach. Wcisnęła w jej lodowate dłonie świstek papieru, który okazał się być kodem podróżnym.
- Proszę przyłożyć rękę, a następnie przejść na platformę. - To były ostatnie słowa jasnowłosej kobiety. Zniknęła zaraz po nich. Dziewczyna zrobiła to, o co ją poproszono. W zamian na jej nadgarstku pojawił się kod kreskowy.
- Całkiem śmieszne uczucie. - Powiedziała pod nosem intensywnie macając miejsce nabytku. Przeszła na platformę międzyludzką. Światło jaśniało, kuło w oczy. Zaś na jej ręku zamiast zwykłego kodu kreskowego zaczął odliczać się czas pobytu.
- A więc mam tydzień, na zabicie Pessoa'fraca, tak? Huh.. - To były jej ostatnie słowa w bezpiecznej światłości.
- Będzie mi potrzebny twój kod podróżny. Czy zabrałaś go ze statku? - Powiedziała kobieta stojąca przy wejściu. Ubrana była w jasno-różową garsonkę. Na pierwszy rzut oka wyglądała całkiem przyjaźnie, jednak jej mina nie zmieniała się od kilkunastu sekund.
- Będzie mi potrzebny twój kod podróżny. Czy zabrałaś go ze statku? - Powtórzyła nawet nie mrugając. Dalej chwaliła się swoim nienagannym uśmiechem. Spod przymkniętych powiek wpatrywała się w Sanhyę. Dziewczyna zrozumiała ją dopiero po kilku chwilach. Wcisnęła w jej lodowate dłonie świstek papieru, który okazał się być kodem podróżnym.
- Proszę przyłożyć rękę, a następnie przejść na platformę. - To były ostatnie słowa jasnowłosej kobiety. Zniknęła zaraz po nich. Dziewczyna zrobiła to, o co ją poproszono. W zamian na jej nadgarstku pojawił się kod kreskowy.
- Całkiem śmieszne uczucie. - Powiedziała pod nosem intensywnie macając miejsce nabytku. Przeszła na platformę międzyludzką. Światło jaśniało, kuło w oczy. Zaś na jej ręku zamiast zwykłego kodu kreskowego zaczął odliczać się czas pobytu.
- A więc mam tydzień, na zabicie Pessoa'fraca, tak? Huh.. - To były jej ostatnie słowa w bezpiecznej światłości.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz